Again…

2 komentarzy

Będziecie bić.
Oj będziecie.
A Magda już nie wejdzie.
Tak mówiła jak ostatnim razem dalam jej NOWEGO linka do NOWEGO bloga.
Tym razem blog jednak wraca na ONET.
Nie potrafię tu zagrzać miejsca.
Jest tu szaro.
Ponuro.
Nie mogę wkleić zdjęc, zrobić banneru.
Nie mogę mieć jasnego szablonu.
Dlatego namawiana przez Lidię (nową czytelniczkę bloga, a prywatnie kuzynkę)
postanawiam…przeprowadzkę!

Link do nowego wkrótce.
( mam nadzieję, że to już ostatni)

PS Komentować lenie! Albo przynajmniej dajcie jakikolwiek znak że jestescie!!

Uwaga! Poniższa notka jest inspiracją powstałą na skutek moich blogowo-komentarzowych rozmów z Tosinkową mamusią, która to też czasem ma złe dni i wie dobrze jak to  jest mieć „dzień na NIE” i którą na wstępie pozdrawiam i całuje w pysia i brzusia (jako jedyną forme okazania uczuć Anielce :D):
Kiedyś, nie tak dawno poszłam do szkoły. Miałam wtedy nieliczną lekcje ze swoją klasą.
Jako że stanęłam przed wieeelkiiim postrachem zwanym potocznie „schodami” potrzebowałam jak najszybszej interwencji osób silnych,umięśnionych i śmiałych.
(Tu mile widziani mężczyźni z ubezpieczeniem zdrowotnym i namiętnie jedzący Danonki).
Gdy już znalazłam się u góry podeszła do mnie znajoma.
(Nazwę sobie ją Panna X. Panna X nie czyta tego bloga. W zasadzie znamy się z widzenia i gadamy dość rzadko) i zaskoczyła mnie stwierdzeniem.
„-Tobie to dobrze…faceci Cię na rękach noszą”
Zachichotałam jako że na żarcie sie znam, mimochodem i ze współczuciem obserwując kolegów czerwonych z wysiłku.
(Uwierzcie mi na słowo. Ja w połączeniu z moim pojazdem mamy taką wagę że transport ze schodów jest wyczynem godnym szanownego pana Pudzianowskiego)
Panna X rozkręciła się mimowolnie
„-No i szkołę masz tylko trzy razy w tygodniu. To się nie umęczysz zanadto, nie musisz nigdzie latać i nogi cie nie bolą! Każdy ci pomaga. Każdy jest miły”
Spojrzałam na Pannę X. Mówiła ŚMIERTELNIE poważnie.
Mine miała wręcz taką jakby zazdrościła mi mojego kalectwa! A to chore!
Mimowolnie skręciło mnie w żołądku.
Owszem. Jestem na indywidualnym toku, szkołę mam trzy razy w tygodniu.
I dzięki temu (albo raczej „Z tego powodu”) widzę sie z moją klasą rzadko, za rzadko.
Lekcje z nimi taką jak tą wspomnianą mam może raz na pare tygodni.
Chociaż na prawde staramy się żyć w fajnych stosunkach i się nam udaje. :)
Lekcje mam w osobnym budnynku, więc w zimie zapominam jak wyglada szkoła,
bo nie będę kurcze blade brnąć w zaspach przez dziedziniec tylko po to żeby sie „przejść”
i sobie posiedzieć na przerwie  która ma TYLKO dziesięć minut.
Po pierwsze jak sobie czasem żartuje „nie ma kół zimówek”.
A po drugie zaraz bym była „zasmarkana”. I po co?
A do tego mam okrojony materiał który non stop musze nadrabiać i dzięki któremu raczej pożegnam sie z maturą.
Jestem sama z nauczycielem który jako że nie ma nikogo innego jedyną osobę którą pyta i sprawdza zadania jestem Ja.
Nie mam się tam z kim śmiać i od kogo ściągać, pożyczyć ołówka, przesyłać liściki.
Bo chociaż tak jak Ja indywidualny tok ma moja przyjaciółka to zajęcia i tak musimy mieć osobno.
W szarych zimnych pokojach.
Nie ma tam tablicy, porysowanych ścian, obitych ławek, gazetek.
Jest czysto i cicho a do tego ciasno.
A do tego wiele bym dała żeby nogi zaczęły mnie boleć i mogłam sie umęczyć wchodzeniem po schodach
albo za bieganiem za siostrzeńcami czy jeździe na rowerze.
I wiele bym dała żebym mogła chodzić do liceum jak każdy w moim wieku.
Ale tak się nie stało, nie staje i nie stanie.
I trudno. Muszę żyć.
I wiem, że mogłam sie urodzić w patologicznej, niekochającej mnie rodzinie,
nie mieć nawet jednej koleżanki, żadnego okna na świat i żyć w skrajnych ubóstwie.
I że powinnam żyć pełnią siły, nigdy sie nie poddać, często uśmiechać i nie traktować siebie jako gorszą.
Bo nie jestem gorsza.
I wiem, że mogło być ze mną źle, bo osoby z moim schorzeniem w 80% posiadają wodogłowia i zastawki. Jestem w tych 20% za co dziekuje Bogu.
Tylko niech nikt nie mi nie wmawia że mam się cieszyć z własnych ograniczeń i że jest mi idealnie!
Bo nie jest.
Bo przeżyłam jako noworodek dwie operacje.
Bo nie mogłam odrazu jak inne dzieci wrócić do domu po tygodniu, a po miesiącu.
Bo moje ciało chcąc nie chcąc wygląda inaczej.
Bo nie urodzę nigdy upragnionego dziecka.
Nie nauczę go jady na rowerze.
Nie zatańcze jak inni na swoim weselu w taki sposób jaki chce.
I zawsze bede musiała znosic kolejne upokarzajace,bolesne badania.
I bo zawsze już zostanę uziemiona i zdana na kogoś innego.
A przedewszystkim dlatego że ZAWSZE znajdzie sie ktoś kto mi powie, że nie mam prawa do narzekania.
I nie chce by ktoś sądził, że jestem na swoim punkcie przewrażliwiona.
Nie jestem.
Umiem żartowac z choroby, mam plany, lubie rozmawiać o swojej chorobie, nie ma dla mnie tematu tabu.
Ale ja jestem tylko człowiekiem.
I czasem niestety mam pod górę.

PS Rente dostałam. Za drugim razem sie udało.

PS 2 Do linków dodałam coś o swojej chorobie.
Możecie sobie poczytać i dowiedzieć się tego czego niektórzy nie spytają mnie osobiście.

Natuśka :*

Sobota 1.10.2011r:
Moje urodziny minęły mi baaardzo przyjemnie. Około godziny siedemnastej odbyła się kameralna impreza osiemnastkowa z udziałem moich najbliższych przyjaciół. (A. M. T. K. E i K.- Gracias!) Dostałam cudowne prezenty, ale przedewszystkim mam cudowne wspomnienia, które zapadną w mojej pamięci już chyba do końca życia…
Rozstałysmy się około godziny jedenastej więc można przyjąć że dziewczynom również bardzo się podobało. :D

Poniedziałek 3.10.2011r:
Niedobudzona próbuje przestawić mózgownice na właściwe tory, a wychodząc z łazienki dwukrotnie sprawdzam szkolną torebkę, tylko po to by uzmysłowić sobie, że przecież do szkoły dziś  nie idę.
Ma się dziś odbyć komisja lekarska, dzięki której będe mogła dostać rentę socjalną przysługująca każdemu pełnoletniemu niepełnosprawnemu.
Wsiadam do samochodu, jedziemy z rodzicami. Zakładam jak zwykle mp3 na uszy…  Jest spokojnie… Do czasu!
Dojeżdżamy do miasta Kraków. Po drodze mijam tysiące sklepów, szyldów i… plakatów wyborczych.
Hm...-Myślę sobie-Jacy oni piękni, idealni i cudowni na tych plakatach… Wszyscy się kochają, obiecują gruszki na wierzbie, jedni popierają drugich. Do czasu.
Dalszą drogę staram wzrokiem omijać „przesłodzone” plakaty w obawie przed nagłym wzrostem glukozy oraz mdłościami.
Jedziemy dalej. W słuchawkach moja ulubiona religijna piosenka.
Dostaje nastroju wręcz cudownego…Religijny nastrój pryska,  gdyż przed oczami wyrasta mi wielki szyld reklamujący Night club, wraz z wypisanymi wielką czcionką wszystkimi opcjami tego lokalu…
O matko jedyna…
Zniesmaczona ściągam słuchawki i dopiero po dłuższej chwili decyduje się je włożyć ponownie…
Niedługo potem mijam przystanek z namalowanym różowym (!) sprayem wyznanie.
MISIO KOCHA ANIĘ!!
Pod spodem niegrzecznie odpisano.
A g**no prawda!!
Se, se, se! Ależ niecodzienny sposób dania kosza…
Stoimy na światłach.Nagle moje oczęta pośród tłumu spieszących sie ludzi wyławiają mężczyzne. Na jego widok robi mi się miekko na sercu…
Mężczyzna naprawde przystojny… Zarost, brązowe oczy. I to nic że ma około trzydzieści lat…
Nagle dołącza do niego kobieta.  Prowadzone za ręke  jedno dziecko na oko trzy letnie zostaje włożone ojcu na barana, drugie w wózku śliniące sie rozkosznie zostaje  również przejęte przez ojca.
Zresztą podobnie jak i torebki z zakupami.
Na oko cztery.
I podobnie jak ośmiopak…papieru taletowego…
Och!-Rozmażam się- Jak on ją kocha… Zabiera od niej dzieci, zakupy, papiery toaletowe…Musi ją kochać… W dzieciństwie na pewno nosił za nią plecak!
Małżeństwo dało sobie buziaka… Prawie rozpływam się z zazdrości i zachwytu nad tak szczęśliwą parą… Zielone światło. Może to i lepiej…?
Dojeżdżamy na miejsce. Przemiły pan przewozi mnie do budynku specjalną platformą, dzieki której mogę uniknąć „wynoszenia mnie po schodach”.Taka sama platforma zainstalowana jest w mojej szkole. Naprawdę fajne urządzenie.
W budynku kierują nas do odpowiednich pokoi. Czekamy…
Nagle zza moich pleców słysze gaworzenie małego chłopca.
Identyczny głos jak młodszego siostrzeńca. Na oko dziewięciomiesięczne dziecię prowadzone za palce przez mamę ochoczo kieruję sie do mojego wózka.
Ehh, faceci i zamiłowanie motoryzacją.
-Tak synku, dziewczynka ma buuum- Mówi matka uśmiechając sie do mnie. 
-Cia…- Zgadza się maleńki.
Patrzę na małego, przez chwilę mierzymy się wzrokiem.  Uśmiechamy się do siebie. Po kilku sekundach chłopiec uderza w moje koło z całą mocą w ręke.
-Baa!- Wyraża swą opinie
Taak…Ja też uważam że są lepsze modele…
Chłopiec znudzony pojazdem po chwili znika z mamą za korytarzem, poznając znacznie ciekawsze zakątki.
Czekamy.
Dzięsięć minut.
Piętnaście minut.
Dwadzieścia minut.
Kurde, nie znoszę czekać- Jęcze w duchu.
Pół godziny.
W końcu wyczytują moje nazwisko. Wchodzimy do gabinetu, kobieta pyta mnie i moją rodzicielkę o dowód osobisty.
A to klops.
Mama tłumaczy, że dopiero dziś składamy wniosek.
Lekarka która mnie bada z chłodnym uśmiechem zawiadamia nas, że nie może wejść do systemu nie mając dowodu osobistego.
Mama tłumaczy, że dzwoniła by powiadomić że nie mam jeszcze dokumentu.
Kobieta pyta więc o paszport.
Upss. No i znowu klops.
Grzecznie odpowiadamy, że paszportu nie posiadam. Po prostu. Nie było takiej potrzeby. W końcu  najdalsza podróż w życiu odbyłam do Kołobrzegu.
Kobieta uprzejmie informuje, że nie ma szans. Że badanie się dziś nie odbędzie. Wychodzimy z kwitkiem, kierowani do pokoju, gdzie moja mama pisze podanie o zmiane daty komisji. Cała podróż na marne…
Droga powrotna. Znów szukam inspiracji za szybą samochodu. Mijam kolejne budynki, jednak nic ciekawego się nie zdarza…
Nagle przyciskam niechcący zestaw głośno mówiący, który niemile piszczy. Zerkam na ekran.
„Proszę mówić!”-rząda aparat.
No co to kurde?! Przesłuchanie?!
-No jeszcze czego- Warcze
-Do kogo ty mówisz?-Moja mama zaniepokojona odwraca się z przedniego siedzenia i patrzy na mnie.
-Do telefonu…-Odpowiadam zgodnie z prawdą.
Mama patrzy na mnie dziwnie. W celu uniknięcia kobierzyna uśmiecham się przepraszająco.
Moi rodzice informują mnie że musimy przecież zrobić niezbędne zakupy. Lądujemy w jednym z supermarketów.
Wchodzimy, przepuszczam uprzejmie w drzwiach mężczyzne. To nic że jestem na wózku, to nic ze jestem kobietą. Wisi mi to. Mężczyzna nie mówi nawet dziękuje. Obojętnie mija mnie w drzwiach…
Cóż… Zdarza sie.
Przedemną dział SPORT. Zaintrygowana i z lekkim szokiem dostrzegam zamiast stosów piłek czy innych różnych dziwnych przedmiotów…znicze…
Mimowolnie parskam śmiechem.
Cóż!-Tłumaczę sama sobie- Najwyraźniej to nie są zwykłe znicze. Są olimpijskie. Tak… Stanowczo…
Po drodze mijam dwie degustacje. No to się degustuje! Najpierw żurek, następnie jogurt. Nawet zjeść można za darmo! Bomba!
Moja mama idzie w dział ubrania. Tata oddala się w poszukiwaniu jakiejś potrzebnej rzeczy. Ja oddalam się w papierniczy.
Po dłuższej chwili we trójke wybieramy niezbędne artykuły spożywcze, tata płaci. Wychodzimy. Powietrze jest ciepłe, wręcz letnie, dostaje słońcem po oczach. A co mi tam! Jest cudnie!
W drodze powrotnej zmierzamy przez most połozony nad wisłą. Obok pięknej rzeki postawione…wielkie kominy z których wydobywa się nie przyjemny, szary i śmierdzący dym.
Niezła lokalizacja… Nie ma co…
W rodzinnym mieście nie daleko końca podróży  jemy obiad w restauracji,wychodze przejedzona i grubsza o kolejny kilogram.
W samochodzie z przejedzenia nie włączam nawet piosenek. Nie mam sił na nic… Do chłodnego, pozbawionego duchoty, miłego domciu wracam z uśmiechem na twarzy…

Home sweet home!

Od dnia gdy postanowiłam „przyjść” na świat mija dziś lat osiemnaście.
Tym samym ogłoszam państwu czytającym, a przedewszystkim samej sobie
(bo nie dociera to do mnie jeszcze…)
iż od dnia dzisiejszego jestem osobą PEŁNOLETNIĄ.
Mija moje osiemnaście lat.
Osiemnaście lat naprawde fajnego a zarazem bardzo szalonego życia.
Przez te wszystkie lata zdobyłam prawdziwych i niezastąpionych przyjaciół,
dwukrotnie zostałam ciocią,płakałam, śmiałam się, zdobywałam kolejne sukcesy,
porażki i nabierałam różnych doświadczeń,
ale też szlifowałam swój baardzo trudny charakterek jakim obdarzył mnie ten na górze…
I choć czasem bywało ciężko to dziś wcale nie żałuję żadnej z sekund mojego życia.
Bo nawet jeżeli czasem bywało, gdy wielokrotnie cierpiałam,
lub wkurzałam się na moje odmienne życie, chorobę, ograniczenia,
to dzisiaj już wiem, że nie zamieniłabym swojego życia za nic w świecie…

PS Ale jak by ktoś pytał to ja nadal mam dziesięć lat… :D

Pędzimy.

Brak komentarzy

Na podwórku od paru dni leje deszcz, a nawet nie deszcz, tylko przenikliwie zimna mżawa…
Życie pędzi mi tak szybko że ledwo daje radę ogarnąc, który to dzień mam w kalendarzu.
Ostatnio przeszłam badania związane z kontrolą moich kamieni nerkowych.
Zadomowiły się na dobre,
więc się nie poddaje i bezwzględnie wyganiam je czystą, mineralną, pyszną(fuj :P) wodą…
Jedna z moich nerek po raz kolejny przy USG zrobiła psikusa i
by ją znajść biedna pani doktor musiała jej szukać dobre dwadzieścia minut!
Wynika to z „innego” niż u zdrowego człowieka układu moczowego.
Po prostu.
Mojej nerce się nie podoba tam gdzie powinna być!
Chodzą też spekulacje jakoby po prostu lubiła się w zabawach w chowanego.
No to nic. Niech sie chowa. :P
Oddając dziś deklarację maturalną poczułam się niewyobrażalnie stara…
Nie ma już człowieka, który spotykając mnie pyta przedewszystkim
co zrobie po ukończeniu szkoły ze swoim życiem…
Ostatnio odbyłam poważną rozmowę na ten temat  pewną bardzo bliską mi  osobą, która wszczepiwszy we mnie trochę nadziei zmotywowała mnie do pewnej weryfikacji planów.
Tak więc stanę do matury, potem bez względu na wynik pójdę na studium terapi zajęciowej, ewentualnie poprawię wynik egzaminów.
Ewentualnie, bo na studium wcale nie trzeba matury mieć.
I jeżeli drugi raz mi sie nie powiedzie, to będę kontynuować studium.
I może pewnego pięknego dnia zrobie sie na tyle dojrzała, wyciszona, zmotywowana i inteligentna by zdać?
Może za dwa lata, za pięć?
A może nigdy?
Tylko ten na górze to wie…
Reszta moich planów zostanie zaś bez zmian, mówiąc tu o spełnianiu swych przyjemności,
oddaniu sie hobby, pielęgnowaniu życia rodzinnego i towarzyskiego.
Mówiąc krótko:zwykłej Natusiowej egzystencji.
Tak więc we wrześniu przyszłego roku planuje wyjazd na turnus rehabilitacyjny z jedną z przyjaciółek.
Termin już zaklepany i nie mogę się doczekać!

Za mną półmetek moich wakacji.
Do moich osiemnastych urodzin niepełne dwa miesiące.
Za trzy tygodnie zacznę mój ostatni rok szkolny.
I tu najprawdopodobniej kończę swą edukację…
To będzie mój pierwszy, samodzielny wybór jako pełnoletnia osoba.
Nie powiem, tym krokiem już wzbudzam sensacje, zgorszenie, wściekłość.
I to nie  mojej  najbliższej rodziny.
Oni to  akceptują.
Nie rozumieją to osoby, które (przepraszam jeżeli urazę tu kogo kolwiek) ale wiedzą  o mnie tyle co nic!
I to mnie rani…
Bo teraz to  ja nie rozumiem ich.
Nie rozumiem, dlaczego ja MUSZE być super inteligentna?
Dlaczego muszę iść na studia?
Dlaczego muszę się uczyć rzeczy, które mnie nie interesują,
które mi nie będą potrzebne?
Dlaczego na siłę musze pasować do układanki ludzi wykształconych?
Inni są wykształceni?
To świetnie!
Podziwiam!
Ale ja nie chcę meczyć się na studiach,
mam problemy z koncentracją, nie potrafię się uczyć, od pisania notatek szybko boli mnie ręka.
A ja jestem nerwowa i jak mam odrobić lekcje to mnie trafia jasny gwint.
I to nie tak, że nie wierzę w siebie, robię z siebie cierpiętnice, bo choroba, bo jestem słaba.
Możecie tak sobie myslec,
chyba się na to muszę udodpornić
Jestem na tyle silna, że zdecyduję się sprzeciwić panującym normom.
Choroba mnie może ogranicza, ale nie czuje się gorsza.
Potrafię z niej żartować
Tylko jak każdy człowiek mam słabości.
Jak każdy.
 Co z tego że pójdę na wymarzoną pedagogikę, by potem uczyć polskiego, religi,
skoro na studiach bede mieć pełno nieprzydatnych egzaminów, oraz przedmiotów?
Ja nie rozumiem, co złego jest w tym,
że zostałabym w domu?
Na rencie?
Skoro tak żyje połowa niepełnosprawnych,
mając przyjaciół,
znajdując miłość,
będąc szczęśliwym?
Depresja mi proszę państwa nie grozi.
Nie sądze, że stracę przyjaciół, bo ufam im, na tyle,
że choć wiem, że będą mnie motywować do robienia kariery,
to jeżeli mi się nie uda albo się poddam, to zaakceptują ten fakt.
Na brak zajęć też nie będę narzekać..
Mogę pomagać mamie w miarę swoich możliwości,
Mogę pilnować  siostrzeńca.
Akurat zacznie chodzić, więc będziemy spacerować, bawić się, śpiewać wygłupiać.
Starszemu będę za to pomagać w lekcjach, będziemy najlepszymi kumplami.
Mogę nauczyć się szyć, haftować, robić na drutach.
Mogę doszkalać angielski, hiszpański.
Uczyć się jezyków DLA SIEBIE.
Będę gotować, bo mnie to kręci!
Będę mogła scrapować.
To nie jest dla mnie obciachem!
Z domu też czasem się wyrwę,
zapiszę się do jakiś stowrzyszeń,
będę gonić za finansowaniem mi kursów  o których marzę,
za obozami, turnusami rehabilitacyjnymi.
Zresztą miejscowość w której żyje kocham bo to taka mała ojczyzna i
lekiem na całe zło czasem jest głupi spacer, piętnaście metrów od domu.
A potem jak Bóg da, to albo siąde w domu jako kura domowa,
piorąc, gotując i sprzątając swoim dzieciom i mężowi,
albo piorąc i sprzątając i gotując nie swoim dzieciom, lecz siostrzeńcom.
Bo bycie gospodynią domową, też jest zawodem!
Tylko, że tu walutą jest miłośc.

Moja mama co prawda zrezygnowała nie z własnej woli, żeby mnie wychować, lecz z przymusu.
Ale przez całe moje życie była w domu  i wiem, że tak też można żyć.
Cóż.
Być może nie dorosłam i popełnię największy błąd w moim życiu.
Ale przecież człowiek by się czegoś nauczyć musi zrobić błędy.
Jak nie zdam teraz matury, a za jakiś czas stwierdzę, że chcę iść dalej, że chcę się uczyć, to się zapre!
Nazbieram pieniądze,zrobie maturę prywatnie, pójdę na studia.
Wiem, z samej renty, nie pracując nie będę żyć w luksusie.
Będę musiała się wyżec wielu rzeczy, o których marzę.
Zapewne niedługo zacznę się chwytać byle jakich zajęc by sobie dorobić.
Lecz nie myślcie sobie.
To nie jest tak, że nie przyłożę starań, w tym roku szkolnym.
To nie jest tak, że edukacja jest dla mnie nie potrzebna, wroga…
Edukacja jest potrzebna! Będę to powtarzać moim siostrzeńcom, moim dzieciom,
znajomym moich dzieci,czy dzieciom znajomych.
Itd. Itp.
Każdy musi iść do szkoły, musi przeżyć te lata szkolne,
bo dzięki szkole prócz nauki zdobywamy przyjaciół,
super wspomnienia.
można się nauczyć obcować z innymi.
Ale jeżeli już przez to przebrniesz i nie chcesz ciągnąć tego dalej, to czy jesteś gorszy, tylko dlatego, że gorzej zarabiasz?
Albo tylko dlatego, że zamiast siedzieć za biurkiem mało się męcząc a dużo zarabiając ,
to tyrasz dniami i wieczorami w fabrykach, sprzątając, męcząc się okropnie?
Przecież takim ludziom należy się wielki szacunek!
Bo żadna praca nie hańbi!
No… chyba że sprzedajesz własne ciało!
Ale to nie jest praca.
Ja szczerze powiedziawszy bardzo chciałabym iśc na zwyklą sklepikarkę, krawcową,czy nawet sprzątaczkę.
Ale to choroba mi na to nie pozwoliła.
Osoba niepełnosprawna nie może sobie pozwolić na szkołę zawodową.
A jeżeli mi się uda, zdać tę przeklętą matmę,
jeżeli polski i angielski pójdzie mi tak jak chcę, to się ucieszę!
Ba!
Nawet Chyba opiję ;)
I być może i tak wtedy stanie na studiach, bo mi się zachce.
A jeżeli nie?
Coż, mogę poprawiać.
Jednak jeżeli moje starania nie odniosą skutku, to przecież się nie zabiję…
Mam inne piorytety…
To mój wybór.
A jeżeli ktoś go nie uszanuję?
Trudno…
Nie będę sie kłócić.
Zrobię swoje.

Skończyłam swoje wynurzenia.
Bardzo przepraszam, jeżeli tą notką kogoś wkurzę, urażę, czy cokolwiek…
Nie był to bron Boże cel zamierzony!
Ale jeszcze raz powtórzę.
To mój wybór, moje plany, moje życie i moje poglądy.
Mam do tego prawo
.

Za mną połowa wakacji, moich ostatnich wakacji jako uczennica.
Do wczoraj jeszcze martwiłam się, jak to będzie?
Przecież czeka mnie tyle zmian…
Dowód osobisty, czyli pierwszy dokument potwierdzający, że bedę odpowiadała za siebie, swoje zdrowie i życie  już sama.
Matura…nowe decyzje, nowe porażki, sukcesy.
Ale tak naprawde nie musze miec nawet tej matury, dostac sie na studia…(choc wiem, ze tak duzo osob odemnie tego wymaga, mnie to nie potrzebne.)
Bo w zyciu prócz papierków, oraz odznaczeń i nagród dostałam coś najpiękniejszego…
Przyjaźń.
Niuniu, Kotululku, Tysiu i Lulusiu!!
Wiem, nie koniecznie lubicie gdy odznaczam was na blogu, może to dziecinne?
Ale nie jestem zbyt wylewna, nie potrafie wam czasem  okazać ile dla mnie znaczy to, że jesteście,
że dla was nie ma znaczenia jaka jestem, na co jestem chora, to jak się uczę i to czy kiedyś pójdę do pracy czy będę po prostu bezużyteczną rencistką.
Nasza przyjaźń przetrwała tak wiele prób, zmiany szkoły, kłótnie, moje różnorodne błędy…
A jednak…
Nie okazałyście się tylko jednymi z wielu  kolezankami, ktore choc wciaz utrzymują ze mną kontakt,
to co raz częściej przypominają sobie o mnie od święta.
Tak wiele znajomości, które uważałam za przyjaźń na całe życie ulotniło się przy każdym najmniejszym rozdzieleniu…
Tylko wy jesteście na zawsze. Nie ograniczając się do przypadkowej rozmowy przez internet, smsa.
Stałyście się tak częstymi goścmi w moim domu, że powoli staję się on waszym… 
To wy jako pierwsze dowiedziałyście się o narodzinach mojego siostrzeńca.
To wy towarzyszycie mi w różnych najważniejszych chwilach mojego życia. 
Tylko wy wiecie do czego dąże, czego się boje, jakie są moje słabości… 
Tylko z wami tak cudownie smakuje zwykła herbata.
I to dzięki wam codzień odkrywam jaki świat jest fajny…
I przy was coraz czesciej  zapominam się i czuje że wcale nie jestem chora.
To jest dla mnie po prostu wszystko.

Koniec wazeliny.
Wasza Natalia, Natala, Natka, Tutuś, Antuś,  Natali, Talka oraz Danka Pietruszki

Skamieniała.
Bo dorosłą się stała.
A może nawet szybciej niż chciała?
I może gdyby nie dorosła,
ta droga była by prostsza?
A może nadal naiwnie,
wierzyła by w bajki dziwne?
I może jej oczy zielone,
od łez dziś już tylko czerwone
nadal by mogły się śmiać?
I nie musiała by się bać?
Lecz mimo modlitw,
nie może się tak stać.
Nie będzie już nigdy spokojnie spać.
Bo póki dorosłość istnieje,
to nikt dorosły szczerze się nie zaśmieje.
Więc póki Kochanie masz jeszcze czas,
dziecięcym kochaniem utulić nas,
korzystaj z tego co sił,
by jak najdłużej nikt
nie zabił beztroskiej miłości czaru.
Pięknego od Boga daru.
A ona?
Cóż,skamieniała.
Zbyt szybko dorosłą się stała…

Wczesny ranek, kuchnia. Adrian patrzy na mnie uważnie…
Adek: Ciociu… Masz krostkę…
Ja: Tak wiem… A może ty zostań Dermatologiem…
Adek: A ja będę farmerem!
Ja:Uhm :)
Adek: Ale przecież mogę być i tym i tym.
Ja: W sumie…
Adek: To będę dermatologiem i farmerem.
Ja: I co przepiszesz cioci na krostki?
Adek: Nie wiem… Tabletkę! I syrop.
Ja: A jak nie pomoże…?
Adek: To ja ci sam zrobię taki syrop… Magiczny… Bo ja bedę też magikiem

A jak to nie pomoże to proponujemy do pieca, na trzy zdrowaśki…

Panie i Panowie! Dzieci i Ryby!
W środę skończę swój jeden z najtrudniejszy chyba w historii rok szkolny.
A tym samym zaczynam swoje… ostatnie w życiu wakacje.
Mam je zamiar wykorzystać do maksimum.
Czeka mnie wesele siostry ,  badania lekarskie, powtórka do matury, nauka hiszpańskiego, bawienie dzieci…
Czeka mnie nadrabianie zaległości filmowych, książkowych, blogowych. 
Czekają mnie spotkania z przyjaciółmi, spacery do dziesiątej wieczorem,
obowiązkowa konsupcja słonecznika,
czerwona opalenizna
( No dobra, to już zaliczyć zdążyłam).
Te wakacje będą udane- na pewno.
A jeżeli w ciągu tych dwóch miesięcy będę narzekać na nudę, czy depresje to bardzo was proszę, kopnijcie mnie w zadek i odeślijcie do tej notki.

La Vida Es Bella!


I jeszcze raz:
Wszystkiego o czym zamarzysz Martuś :*


  • RSS